„Napisałam, że jestem szczęśliwa, bo budzę się rano z uśmiechem, żyję tu i teraz, słucham emocji i jestem sobą. To oznacza, że próbuję każdą chwilę zauważyć i wykorzystać w pełni. Pielęgnuję w sobie sztukę pozytywnego myślenia, daję sobie prawo do przeżywania emocji i przede wszystkim akceptuję siebie i życie, które nie jest ani dobre, ani złe, po prostu jest takie, jakie jest.” Ilona Felicjańska podpowiada, jak znaleźć klucz do szczęścia w swojej najnowszej książce i w rozmowie dla „Tu i teraz”. Sylwia Barbachowska [czerwiec, 2016]

– Wydaje Pani już czwartą książkę. Czy nadal przy premierze towarzyszy Pani stres?

– Tak. Zupełnie nie mam do siebie pretensji o to, że jestem zdenerwowana. To jest trochę tak, jakbym urodziła kolejne dziecko i martwiła się o jego przyszłość. Wiadomo, że chcemy, aby losy naszego dziecka były szczęśliwe. Tak samo jest z moją książką. Chciałabym, żeby moi czytelnicy z niej czerpali. To nie o mnie chodzi. Nie chodzi o to, żebym dzięki książce dużo zarobiła albo udowodniła komuś, jaka jestem mądra i szczęśliwa. Był w moim życiu taki moment, kiedy było mi bardzo źle. Bolało mnie wszystko i bałam się, że już nie wstanę. A wstałam. Okazało się, że problemy, których doświadczyłam, dotyczą wielu kobiet w naszym kraju. Jeżeli mnie się udało przekuć swoje problemy w szczęście, to chcę się tym podzielić. Może ktoś też na tym zyska. Zawsze czułam, że chcę pomagać, tylko nie miałam pojęcia, w jakim dokładnie kierunku. Wyszedł sam, życie mi go pokazało.

– Bardzo mi się podobała Pani książka, napełniła mnie dużą porcją pozytywnej energii. Natomiast kiedy powiedziałam mojemu chłopakowi, że napisała Pani książkę o szczęściu, bazującą na Pani doświadczeniu uzależnienia, zareagował sceptycznie. Powiedział, że na rynku jest już wiele książek na ten temat.

– Coś podobnego usłyszałam od ważnej dla mnie osoby, kiedy pisałam książkę „Jak być niezniszczalną”. Dotyczyła ona uzależnienia, depresji i przemocy. Miałam wtedy moment załamania. Jednak pomyślałam sobie, że skoro czuję, że jest to dla mnie ważne, to może powinnam się tym podzielić. Rzeczywiście istnieje dużo poradników, ale niewiele z nich opiera się na osobistych przeżyciach autora. Kiedy okazało się, że jestem uzależniona, musiałam wziąć na siebie wiele ciosów od mediów. Teraz widzę, że bycie osobą publiczną może też mieć swoją dobrą stronę. To jedna z najlepszych sytuacji, by mówić o swoich doświadczeniach. Mogłam pokazać na własnej osobie, że byłam na szczycie, przewróciłam się, a teraz znowu wstaję. Wchodzę na ten prawdziwy szczyt – akceptacji samej siebie. To właśnie akceptacja nas samych jest szczęściem.

– Dzięki temu, że jest Pani osobą publiczną, może Pani łatwiej docierać do ludzi?

– Tak. Ci, którzy mnie znali i mieli problem z uzależnieniem, byli bardzo zdziwieni, że mnie to też dotyczy. Nagle zaczęłam dostawać masę listów, kilka z nich jest też w książce. Okazuje się, że moje problemy są niestety wszechobecne. Bardzo wiele kobiet pisze do mnie w podziękowaniu za to, że powiedziałam głośno o swoich przejściach. Dzięki temu jest im po prostu łatwiej. Wcześniej wydawało się im, że problem uzależnienia dotyczy tylko ich samych. Myślały, że nie dadzą sobie z tym rady.

– Pani najnowsza książka może nie tylko pomóc osobom uzależnionym, ale też zainteresować wszystkie osoby, które poszukują szczęścia.

– Tak. To nie jest już książka mówiąca o tym, jak poradzić sobie z uzależnieniem. Wszystkie problemy: nieumiejętność życia, złe związki czy choroby, mają podobny…

– Rdzeń?

– Rdzeń, dokładnie. Nie potrafimy żyć. Najczęściej dlatego, że nie akceptujemy siebie, nie kochamy siebie. A jeżeli nie kochamy siebie, to tak naprawdę nie wiemy, co oznacza miłość. Zawieszamy się na innej osobie, oczekując, że ta osoba da nam szczęście. A nie znajdziemy w drugiej osobie miłości, jeżeli nie mamy jej w sobie samych. Tu jest ta pułapka. Nie akceptując siebie, cierpimy. A cierpienie odkłada się w nas i przybiera różne formy. Może się przejawiać jako uzależnienie, choroby albo zły związek. Nie potrafimy wyjść ze złej relacji, bo boimy się, że już nic nas lepszego nie spotka. A problemy tak naprawdę są doświadczeniami, które mają nam wskazać, że powinniśmy zawrócić, że idziemy w złym kierunku. Tylko my nie potrafimy ich odczytywać. Myślimy, że to kara boska. Nic nie jest karą boską, bo kawałek Boga każdy z nas w sobie ma. Bóg jest miłością i tę miłość my mamy w sobie. Chodzi tylko o to, by ją w sobie odnaleźć. Zaakceptować to, że mamy w sobie wszystko, by odkryć szczęście, miłość i akceptację.

– Chłonę to, co Pani mówi i jak najbardziej się z tym zgadzam. Jednak wśród moich znajomych rozwój osobisty nie cieszy się dobrą opinią, wzmianka o nim wywołuje śmiech. Kojarzy się ze złej jakości coachingiem, filmikami „Jesteś zwycięzcą”…

– Każdy musi być gotowy. Nauczyłam się już, że nie jestem w stanie pomóc komuś, kto nie oczekuje pomocy i nie wyciąga po nią ręki. Podobnie jest z rozwojem osobistym. Niektórzy źle go odczytują, gubią się w nim. Niewiele z niego wynoszą poza tym, że jeżdżą na kolejne kursy i warsztaty. Jeżeli jesteśmy gotowi na to, żeby zacząć zadawać pytania do życia, to trafiamy w odpowiednie miejsca. Może to być rozwój osobisty w sensie duchowym – tak jak w mojej książce – albo polegający na sukcesie zawodowym. Są różne kierunki rozwoju i ważne, żeby każdy odnalazł ten swój.

– Pani korzysta z różnych sposobów rozwoju, również tych niekonwencjonalnych, jak np. astrologia.

– Biorę wszystko, co się pojawia. Przestałam negować, zaprzeczać. Zaczęłam słuchać, obserwować, doświadczać. Jeżeli coś do mnie przychodzi, to nie chcę od razu mówić „nie”. Takiej postawy trzeba się nauczyć. Jeżeli postawimy jeden krok, pokonamy małą przeszkodę, to później zauważamy, że pewne rzeczy, które do nas przychodzą, mogą nam pomóc. Jak zadajemy pytania, to dostajemy odpowiedzi. Skoro w pewnym momencie przyszła do mnie astrologia, to z ciekawości powiedziałam „OK., popatrzę, na czym to polega”.

– Chodzi o to, by sprawdzić, czy dana metoda działa na mnie, czy ją poczuję. Wydaje mi się, że pewną trudnością w postawieniu tego pierwszego kroku może być niezrozumienie pojęć, np. „miłości do samego siebie”.

– Przecież już siebie kocham. Albo: to co, mam być narcyzem? Trudno powiedzieć, co to dokładnie oznacza. Kochać siebie to akceptować siebie, zdać sobie sprawę, że nie jestem idealna. Przy czym każdą wadę można wykorzystać na plus. Sama świadomość, że inni ludzie też są nieidealni, również może nam pomóc. Odpowiedzi są, tylko nie można się na nie zamykać. Trzeba zadawać pytania, mieć szeroko otwarte oczy i uszy. Wtedy pojawią się odpowiedzi.

Fot:  Krzysztof Jarosz / Epoka dla Edipresse Książki