Dziewięć miesięcy przygotowań, wybierania ubranek, wicia gniazda. Wszystko na nic. Wcale nie byłam przygotowana. Pomarszczone maleństwo wkroczyło w moje życie z siłą tsunami, burząc dotychczasowy porządek. Małe, słodziutkie zawiniątko, bezbronne i niewinne. Niczym dowódca armii ustanowiło nowe zasady i wydało rozkazy. Zarządzono: przerywany sen, zero czasu dla siebie, obudzenie wewnętrznej lwicy gotowej zagryźć każdego kto podejdzie za blisko oraz nieustającą falę emocji każdego rodzaju. [Marta Łusakowska, Grudzień 2015]

Śmiać mi się chce kiedy pomyślę, z jakim przerażeniem słuchałam porodowych historii. Tego bałam się najbardziej. Szkoda, że nikt nie mówił tak dosadnie o tym jak to wszystko wygląda po. I że to wychowanie dziecka i opieka nad nim jest tą najtrudniejszą częścią macierzyństwa. Jesteś matką, niby masz instynkt, wiesz co robić, a nie wiesz nic. Co się działo w mojej głowie pierwszej nocy po powrocie z potomkiem ze szpitala? Pamiętam jedno pytanie, które sobie zadawałam: po co mi to było? Mieliśmy takie wygodne, bezproblemowe życie. A teraz nieprzespane noce, niekończące się zmiany pieluch, odpadające ze zmęczenia kołysaniem ręce. Wtedy nie wiedziałam, nie rozumiałam co się ze mną dzieje, mimo że o baby blues czytałam i słyszałam wiele razy. Pierwsze miesiące były bardzo trudne, czułam się jak dziecko mające dziecko. Ja chcę do mamy! Mojej mamy! I uczucie żalu do bliskich i dalszych kobiet: dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że tak będzie?!

Dziecko. Dzieciątko, potomek, pociecha, maluszek, bobas, brzdąc. A czasem bachor, smarkacz, szczeniak. Jak to możliwe? To wszystko w jednym małym ciałku. Kiedyś usłyszałam, że dziecko to największa radość i najtrudniejsza praca. Czasami mam wrażenie, że wsiadłam na największą jaką można sobie wyobrazić emocjonalną kolejkę górską i doświadczam po trochu wszystkiego co się da: radość, smutek, gniew, złość, rozczarowanie, nadzieja, ulga, strach, duma. Takie jest macierzyństwo. Z jednej strony trudne, żmudne, męczące, wyczerpujące, z drugiej ekscytujące, fascynujące, ciekawe, dobre, sensotwórcze. Z pewnością istnieją kobiety, które od samego początku czuły i wiedziały co robić, pokochały swoje dziecko od chwili, gdy zobaczyły dwie kreski na teście ciążowym. Jest natomiast też sporo takich, u których miłość do dziecka musiała dojrzeć. Jestem jedną z nich. Od początku była we mnie troska i pragnienie ochrony mojego syna przed każdym złem tego świata, ale teraz mogę napisać, że to nie była miłość. Ona się pojawiła w którymś momencie, nawet nie wiem kiedy, przyszła sobie po cichutku, przycupnęła obok i została, żeby już tylko rosnąć wraz z upływem czasu.

Dzisiaj, 1,5 roku po narodzinach dziecka już wiem po co to było i (mniej więcej) o co w tym chodzi. Przede mną kolejne kręte ścieżki, wiele niespodzianek milszych i mniej miłych. Boję się, ale znacznie mniej. Mam znacznie więcej siły, odwagi i nadziei. Ten tekst powstał po to, żeby każda z Was, która wkrótce będzie albo niedawno została mamą, a która doświadcza podobnych emocji, nie czuła się kosmitką. Nie myślała, że tylko ona „tak ma”. Żeby wiedziała, że to wszystko normalne, naturalne, ludzkie. Bo my mamy tak mamy. Życzę Wam magicznych Świąt i doświadczenia cudów (nie tylko narodzin).

W artykule wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony www.pixabay.com