Badanie ginekologiczne pod warstwami krynoliny, zszywanie porozrywanego krocza brudną igłą, wycinanie kilkunastokilogramowych cyst bez znieczulenia, „antykoncepcyjne” fiolki z radem, umieszczane wewnątrz macicy  – brzmi przerażająco, ale to te „łagodniejsze” wycinki z kart historii ginekologii. Anna Młynarczyk, marzec 2016.

Czytając książkę Jürgena Thorwalda można odnieść wrażenie, że cała historia ginekologii i położnictwa to niekończące się pasmo niewyobrażalnego okrucieństwa, usłana milionem trupów kobiet i dzieci droga to uwolnienia pacjentek i ich lekarzy od jarzma wyolbrzymionego konserwatyzmu. Walka o wyzwolenie się z tego absurdu trwa do dzisiaj. Ginekologia nadal osnuta jest otoczką hipokryzji, wymuszonego określonego światopoglądu i zwyczajnego narzucania innym własnego zdania.

Czytając „Ginekologów” byłam przerażona, ale i wdzięczna za to, że nie urodziłam się sto lat wcześniej. Dziś jest dla mnie nie do pomyślenia, że zasłaniając się przekonaniami czy fałszywym wstydem można odmówić pacjentowi pomocy, która zwyczajnie na mocy prawa mu przysługuje. Batalia zatem trwa, a z nią i cierpienie.

Książka Thornwalda to chronologicznie opowiedziane historie życia prekursorów ginekologii, którzy za swoje powołanie i życiową misję przyjęli najpierw wzbogacenie wiedzy i wachlarza umiejętności akuszerek, a dalej poznanie anatomii kobiet, by móc otaczać je jak najlepszą opieką medyczną, nieść im ulgę w cierpieniach i co najważniejsze – poprawiać jakość ich życia, lecząc, ale także zapobiegając ich chorobom.

Niewiarygodnym wydaje się fakt, że jeszcze dwa stulecia temu absolutną normą było rodzenie dziecka w pełnym ubiorze i przetoki odbytniczo-pochwowe jako „poporodowy standard”. Największym chyba przełomem, okupionym tysiącami niepotrzebnych zgonów i zbyt długo obarczonym absurdalnym i idiotycznym tabu było zajrzenie pod spódnicę. Tak, tak – wcale nie wkładanie naoliwionej dłoni w rodzącą kobietę, by obrócić zaklinowane w niej dziecko; wcale nie wynalezienie pessarium, nie dojście do wniosku, że lepiej zszyć macicę po cięciu cesarskim, bo sama się jednak nie zrasta zbyt ochoczo – nie. Jakkolwiek nie brzmi to poetycko – zrzucenie spódnicy było tym, co zadecydowało o uwolnieniu ginekologii ze społeczno-kulturowo-religijnych dybów. To był mały kroczek dla pionierów ginekologii, ale gigantyczny i decydujący, bo rozpoczął walkę z konserwatystami i Kościołem o zaakceptowanie prawa kobiet do godnej opieki medycznej. Przeforsowanie każdej najmniejszej zmiany kosztowało zdrowie i życie miliony kobiet. Pierwsze znieczulenie podane rodzącej przed cięciem cesarskim czy operacją przetoki, pierwsze rzetelne badanie, zamiast uciskania brzucha przez ubranie, mycie rąk i narzędzi, i wreszcie – dyskutowane do dziś i nadal kontrowersyjne – antykoncepcja i aborcja – to wszystko okupione jest krwią milionów. Warto o tym pomyśleć. Warto o tym pamiętać, poddając się badaniu ginekologicznemu, rodząc w szpitalu, móc być zoperowaną, a nie czekać aż torbiel jajnika przerośnie swoją nosicielkę.

„Ginekologów” po prostu trzeba przeczytać. Raz – by mieć świadomość, jaką krzywdę wyrządza się, odmawiając należnego prawa do opieki medycznej; dwa – by móc zyskać jako takie wyobrażenie o kobiecie, jako istocie żywej, czującej, a nie tylko jako inkubatorze; trzy – by wreszcie docenić pracę lekarzy i położnych, ich odwagę niezłomność w walce o dobro swoich pacjentek.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułINNY W NAS
Następny artykułInny