Widziałeś/łaś kiedyś, jak przeprowadza się sekcję ludzkich zwłok? Nie? To dobrze. Niech tak zostanie. To wcale nie jest ani miłe, ani przyjemne. Ulrich Seidl proponuje Ci natomiast nieco łagodniejszą formę wiwisekcji. Anna Pawluk, maj, 2014.

„Import/Export” (2007, reż. U. Seidl) to dwie równolegle rozgrywające się… no właśnie, co? Nachalnie wręcz nasuwa się słowo „opowieść” lub „historia”. Ale nie, te słowa nie pasują, nie są adekwatne. Bo w każdej opowieści czy historii czyjegoś życia jest jakiś ciąg zdarzeń, mniej lub bardziej przyczynowo-skutkowy, jakaś puenta, a na deser – happyend lub jego brak. Bez względu na składowe, istnieje zwykle jakaś struktura. Seidl natomiast wyświetla coś na kształt wiwisekcji, dokonywanej na dwóch „modelach”. Przedmiotem pierwszej analizy jest Olga, ukraińska pielęgniarka, samotna matka, ledwo wiążąca koniec z końcem. Materiałem drugiej jest Paul, bezrobotny młody Austriak, dorywczo pomagający ojczymowi w jego podejrzanych interesach.

Film jest boleśnie analityczny, sadystycznie wręcz dotkliwy. Jest zimną obserwacją kolejnych małych, w gruncie rzeczy mało znaczących zdarzeń, które do niczego nie prowadzą. Nic się w sposób istotny nie zmienia, bo oglądając „Import/Export” nie można pozbyć się wrażenia, że zwyczajnie nic się nie da zrobić, że bez względu na to, co zrobi Olga czy Paul, ich życie wciąż będzie beznadziejne, pozbawione perspektyw, bo ta droga nie prowadzi do żadnych różowiutkich drzwi z balonikami z napisem „happyend” .

Clipboard01

Co gorsza, i Olga, i Paul to postacie niezwykle wrażliwe, zmuszone do życia w potwornie zimnym, bezdusznym świecie. Upadlani i odzierani z godności oboje próbują walczyć. Świat jednak pozostaje nieugięty i niezmiennie niczego im nie oferuje ani nie ułatwia. Cały czas jest tylko zimną, pustą, statyczną przestrzenią, nie dającą nawet złudzeń.

Cóż mogę powiedzieć… to nie jest film dla mięczaków. To potworny emocjonalny hardcore, egzystencjalny rollercoaster, po którym z pewnością poczujesz się, jakbyś wyrzygał (przepraszam za słownictwo, ale inne byłoby po prostu nieprzystające do sytuacji) własne wnętrzności. Stanowczo jednak uważam, że „Import/Export” to obowiązkowy punkt na liście kinomana z zacięciem to zagłębiania się w psyche.